Ad ACTA – o prawie autorskim i prawach pokrewnych

„Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy, tak aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać.”

Tymi słowy rozpoczął Zbigniew Nienacki jedną ze swoich powieści będącą wizją powstania państwa polskiego. Wątki i postaci przedstawione w książkach z serii „Dagome iudex” są wyimaginowane choć tło historyczne oraz miejsca mają odniesienie do rzeczywistości. Celne są też spostrzeżenia, jak i przemyślenia przemycane czytelnikom pod postacią wypowiedzi bohaterów, czy też cytatów z rzekomych dzieł, jak choćby przytoczony wyżej fragment rozdziału „O sztuce rządzenia ludźmi” z Księgi Grzmotów i Błyskawic.

Zatem nazwano nas piratami.

Kiedy pewien rolnik wymyślił kosę pomyślał sobie – Będę teraz rżnął żyto dwa razy szybciej od mojego sąsiada, który używa sierpa, a do tego ominą mnie bóle krzyża. Jakież musiało być jego rozczarowanie, kiedy sąsiad zrobił sobie takie samo narzędzie. Rolnik poszedł do sąsiada i powiedział.

– Coś mi się chyba należy za to, że ułatwiłem Ci pracę?

– Bóg zapłać – usłyszał w odpowiedzi.

A gdyby chroniły go prawa własności intelektualnej to rolnik mógłby odpowiedzieć:

– Boga zostaw w spokoju. Zapłać sam.

I albo sąsiad musiałby dalej kosić w kucki, albo wynalazca żyłby z licencji jak Microsoft, który zarabia więcej na patentach niż na bieżącej „produkcji”. Nie wiem jak szybko rozwinęło by się rolnictwo ale najbogatszym darmozjadem na ziemi byłby spadkobierca wynalazcy koła.

Życie bardów nie było łatwe ale odmieniło się wraz z wynalazkiem pozwalającym utrwalić dźwięk. Wystarczyło raz zaśpiewać i można to było sprzedać wielokrotnie. Co za pech!!! Że też ten rozwój technologiczny nie zatrzymał się na etapie płyt gramofonowych? Kto potrafił takowe kopiować? Taśmy magnetofonowe to nieszczęście ale mp3 i internet to już dla muzyków prawdziwa katastrofa – o wytwórniach już nie wspomnę. Nie dość, że trzeba znowu zacząć dawać koncerty to jeszcze stale wymyślać nowe utwory bo w końcu ile można słuchać „Somebody That I Used To Know” (może dla odmiany cover)?

Ale niektórzy muzycy tak nie chcą.

Czyż nie byłoby to wspaniałe gdybym – będąc kierowcą – mógł raz przejechać trasę autobusem, a potem autobus sam już by jeździł z zaprogramowanym wirtualnym kierowcą, a organizacje typu MPK (Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne) zajmowało by się ochroną moich praw i kasowało każdego, kto chciałby się ze mną przejechać? Na szczęście nie jestem kierowcą autobusu bo moje marzenie nigdy by się nie spełniło. Jestem za to programistą więc kto wie?

Artyści wmawiają nam, że ściągając plik z internetu okradamy ich. Jeśli ja ukradnę komuś rower to ten ktoś nie ma roweru, ale jeśli ja wysłucham płyty w internecie to czy grupa, która ją nagrała traci ją? Krawiec też chciałby uszyć koszulę sprzedać ją i mieć ją nadal aby móc znowu ją sprzedać. Jeżeli technologia sprzyja firmie fonograficznej – umożliwia powielanie utworów w nieskończoność w celu jego wielokrotnej sprzedaży – to takie działanie każe nam się postrzegać jako moralne, a jeśli ta sama technologia pozwala zaoszczędzić pieniądze przeciętnego użytkownika to wtedy piętnuje się go mianem złodzieja.

– Jaskier – westchnął wiedźmin, robiąc się naprawdę senny. – Jesteś cynik, świntuch, kurwiarz i kłamca. I nic, uwierz mi, nic nie ma w tym skomplikowanego.

Andrzej Sapkowski w sadze o Wiedźminie – „Miecz przeznaczenia”.

Cztery lata poświęcił Michał Anioł freskom plafonowym w Kaplicy Sykstyńskiej. Zapewne papież Juliusz II nieźle za to zapłacił, co się Michałowi niewątpliwie należało bo arcydzieło wielkie popełnił. Ja bym w każdym razie nie malował sufitu kościoła przez cztery lata za grosze. Produkcje Hollywood też kosztują majątek, a aktorstwo wielu gwiazd zasługuje by je docenić, ale czy trzeba od razu gażę liczyć w milionach? Czy pensja w wysokości nauczyciela lub pielęgniarki nie jest godziwa? Dobre filmy zwracają się błyskawicznie a najlepsze zarabiają krocie pomimo tego, albo może wręcz dlatego, że są powszechnie dostępne. Najwięcej zarabia się nie na emisji samego filmu ale na wszelkiego rodzaju związanych z nim gadżetach. Jeśli jesteś matką lub ojcem, a Twoje dziecko zakochało się w McQueenie albo jego ulubionym bohaterem jest Buzz Astral to policz ile Cię w sumie kosztowała przyjemność obejrzenia z dzieckiem „The Cars” lub „Toystory”.

W „Księciu” Niccolò Machiavelli napisał „Ludzie tak są prości i tak naginają się do chwilowych konieczności, że ten, kto oszukuje, znajdzie zawsze takiego, który da się oszukać.” Wielu jest takich, którzy bazując na ludzkiej ciekawości, naiwności i poczuciu winy nie dość, że namówią klienta do kupienia często kiepskiego (wirtualnego) produktu, to jeszcze przekonają go do tego, że jest on wart ceny, którą zapłacił. Z drugiej strony także Machiavelli stwierdził „Kto pragnie oszukać, zawsze spotka takiego, który oszukać w żaden sposób nie pozwoli.”

W czasach tak zwanej rewolucji przemysłowej miliony harowały na garstkę kapitalistów, którzy bogacili się, aż pewnego dnia do władzy doszedł lud i nazwał ich burżujami. Nie pragnę rewolucji bo jak pokazuje historia jedna patologia zmieniła się w drugą. Teraźniejszość jednak udowadnia, że trzeba być czujnym bo to co nas dziś niepokoi jutro będzie przerażać. Co was przeraża w tym artykule? Piractwo?

Nie podoba mi się pomysł podpisania ACTA bo nie służy ochronie naturalnych praw do godziwego wynagrodzenia tylko do utrwalenia wynaturzonych praw do wyzyskiwania innych. Prawo do nazywania siebie autorem przysługuje każdemu, kto jest faktycznym twórcą lub pomysłodawcą danego dzieła, jednak prawa pokrewne w tym wszelkiego rodzaju koncesje, licencje, patenty itp. muszą ulec przedefiniowaniu gdyż w obecnej formie służą jedynie produktywności prawników ścigających się z komornikami w ściąganiu haraczy.

I kto tu jest piratem?

Stan baterii w laptopie – linux

Zaniepokoił mnie wskaźnik stanu naładowania baterii. Kilka godzin pracy na laptopie z podpiętym zasilaczem a 48% jak było tak było i nic nie chciało się ruszyć.

Polecenie:

cat /proc/acpi/battery/BAT1/info

Dało wynik:

present:                 yes
design capacity:         39960 mWh
last full capacity:      46320 mWh
battery technology:      rechargeable
design voltage:          11100 mV
design capacity warning: 420 mWh
design capacity low:     156 mWh
cycle count:              0
capacity granularity 1:  264 mWh
capacity granularity 2:  3780 mWh
model number:            PABAS024
serial number:           3658Q
battery type:            LION
OEM info:                LG

Czy to jest w ogóle możliwe aby projektowana pojemność baterii (design capacity) była mniejsza od ostatnio odnotowanej pełnej pojemności (last full capacity)? Mój laptop ma zaledwie dwa miesiące licząc od daty zakupu. Czy wartość pojemności projektowanej jest specjalnie zaniżana przez producentów, abym w przypadku sprawdzenia parametrów baterii – dajmy na to po roku użytkowania – czuł się bardziej komfortowo z powodu teoretycznie mniejszego zużycia baterii? A może te parametry są po prostu źle odczytywane?

Tak czy inaczej nie zmienia to faktu, że pomimo podłączonego zasilacza moja bateria zwyczajnie się nie ładowała. Pod Windowsem dostałem przynajmniej czytelny komunikat, natomiast widżet w KDE zwyczajnie mnie okłamywał. Jak już jesteśmy przy KDE to przy okazji zakupu nowego laptopa zdecydowałem się powrócić do KDE po zawodzie jaki mi sprawiło Unity. Znajomy zapewniał mnie, że Plasma została już dopracowana – NIE ZOSTAŁA.

Wracając jednak do baterii. Wykonałem kilkakrotnie polecenie:

cat /proc/acpi/battery/BAT1/state

Dało wynik:

present:                 yes
capacity state:          ok
charging state:          charged
present rate:            0 mW
remaining capacity:      22230 mWh
present voltage:         10924 mV

Wartość remaining capacity nie ulegała zmianie. Postanowiłem rozładować całkowicie baterię, a później spróbować ją naładować od zera. Czekając na rozładowanie baterii znalazłem i trochę zmodyfikowałem skrypcik w bash-u pokazujący stan baterii – (może się komuś przyda).

#!/bin/sh
 
CUR=`cat /proc/acpi/battery/BAT*/state | grep remaining | awk {'print $3'}`
STATE=`cat /proc/acpi/battery/BAT*/state | grep charging | awk {'print $3'}` 
MAX=`cat /proc/acpi/battery/BAT*/info | grep full | awk {'print $4'}`
DESIGN=`cat /proc/acpi/battery/BAT*/info | grep 'design capacity:' | awk {'print $3'}`
PRC=0
 
REAL_CAP=$(($MAX*100/$DESIGN))
PRC=$(($CUR*100/$MAX))
if [ $PRC -gt 100 ]; then
    PRC=100
fi 
 
echo 'State : '$STATE
echo 'Design Battery Capacity : '$DESIGN' (100%)'
echo 'Real Battery Capacity : '$MAX' ('$REAL_CAP'%)'
echo 'Current Battery capacity : '$CUR' ('$PRC'%)'

Po całkowitym rozładowaniu, przy wyłączonym komputerze podłączyłem zasilacz. Dioda zaczęła pokazywać, że bateria się ładuje. I rzeczywiście bateria naładowała mi się całkowicie. Nie jestem sprzętowcem i nie czytam fachowej prasy dlatego nie wiem czy to prawidłowe działanie – jakieś zabezpieczenie przed przedwczesnym zużyciem baterii czy też objaw uszkodzenia sprzętu? W innych laptopach, z którymi się spotkałem mogłem w każdej chwili doładować baterię.

VAT o 1% – kolejny pretekst do podniesienia cen

Poszedłem dzisiaj do fryzjera. Przeciętny człowiek stara się zadbać o swoją głowę jeszcze przed świętami, a już na pewno przed Sylwestrem. Ja nie lubię kolejek i wolę to zrobić na spokojnie już w nowym roku, ale dzisiaj trudno mi było opanować wzburzenie. „To tylko 2 zł więcej” – usłyszałem.

No dobrze. Kwotowo to nie wiele, ale zważywszy, że poprzednio za obcięcie „głowy” płaciłem 17 zł to 2 zł więcej stanowi blisko 12%-tową podwyżkę. W grudniu znajomy kupił samochód za 50 tys. zł – gdyby tak samo wzrosły ceny samochodów to dzisiaj musiałby dać za niego 56 tys. zł (no precyzyjnie rzecz biorąc to 50 tys – 22% VAT + 12% podwyżki + 23% VAT to daje ok 56460 zł)

I teraz wziąwszy pod uwagę, że każdy sklepikarz, taksówkarz, szewc, każda stacja benzynowa, hipermarket czy Kowalski sprzedający buraki na straganie zrobił z dniem 1 stycznia to samo, to się okazuje, że zarabiam najwyżej 88% tego co w zeszłym roku.

Wzrost VAT-u o 1% spowodował kilku a nawet kilkunasto procentowy wzrost cen, a im tańszy produkt tym wzrost większy bo dajmy na to bułka za 2 zł po 12% podwyżce będzie już kosztować 2,24, ale kto da cenę 2,24? Minimum 2,30 a to już jest 15% więcej.

– Jeśli jesteś pracownikiem – to choć Twój pracodawca podniósł ceny na wszystkie produkty – Ty nie licz na wyższą pensję.
– Jeśli jesteś płatnikiem VAT i kupujesz produkt, od którego możesz odliczyć sobie podatek VAT to w 90% przypadków i tak cena netto będzie wyższa od tej z zeszłego roku.
– Jeśli nie możesz odliczyć VAT-u to jesteś krową, którą wszyscy doją.

Większość z nas jest dojną krową. Mając działalność gospodarczą jesteś trochę mniej mleczną krasulą bo sam możesz podnieść ceny na swoje usługi i parę rachunków wrzucić w koszty, ale i tak dopłacasz do tego biznesu. Natomiast zarobią na tym Ci, którym i tak dotąd niczego nie brakowało.

Czy zarobi na tym Państwo? Cuż 23% to więcej od 22%, a 23% od droższych produktów i usług to dużo więcej niż 22% od tańszych produktów i usług. Z drugiej jednak strony budżet gromadzi się po to aby go wydać więc może się okazać, że te wysokie 23% ma mniejszą siłę nabywczą niż tamto słabe 22%.

Posted in Priv byZbigniew Heintze

Jak wydobyć kod authinfo domeny od rejestratora.

Dawno nie pisałem. Przyczyn tego stanu rzeczy oraz dłuższej niedostępności mojego bloga jest kilka, ale pra przyczyną było to, że kilka lat temu zaufałem firmie.

„Info-Cal” Roman Trziszka
ul. Chludowska 387 lok. 9
62-003 Biedrusko

NIP: 778-100-71-00, Regon: 630002043

Nie jestem zbyt wymagającym klientem – nie narzucam się zbytnio, nie robię awantury kiedy serwer nie działa przez kilka godzin, nie żądam zakręconych rozwiązań i 24 godzinnego suportu. Jedyne czego nienawidzę to kiedy robi się ze mnie idiotę, a ponieważ obsłudze serwera cal.pl zdarzyło się kilka razy próbować wmówić mi, że wina niedziałającej aplikacji leży po mojej stronie podczas gdy były to najczęściej niedopatrzenia administratorów grzebiących w konfiguracji serwera postanowiłem rozstać się z hostingiem na cal.pl.

Ale jak tu się uwolnić od niechcianej miłości? Cały proces przypominał mi próbę przeprowadzenia rozwodu z żoną, która na pożegnanie ima się wszelkich sposobów aby wyrwać dla siebie co się jeszcze da.

Z backupami baz danych i oskryptowania stron nie było problemu. Schody zaczęły się kiedy poprosiłem o wydanie kodów authinfo do moich domen w tym tej, pod którą można znaleźć niniejszy blog.

Wydawać by się mogło, że przeniesienie domeny od jednego rejestratora do innego to tylko formalność. Wystarczy poprosić o kod authinfo podmiot, który dotychczas rejestrował domeny w naszym imieniu, a następnie przesłać je – zazwyczaj za pośrednictwem formularza na stronie internetowej – nowemu rejestratorowi, a on już za nas załatwi wszystkie sprawy formalne i techniczne. Tymczasem chęć przeniesienia domen w inne miejsce kłóci się z interesem naszego dotychczasowego rejestratora, który tak jak w moim przypadku robi wszystko aby cały proces wydłużyć, a najlepiej zniechęcić klienta do całej operacji.

Pan Roman Trziszka poszedł w formalizm. Wydanie kodu authinfo w firmie INFO-CAL wymaga wysłania stosownego wniosku wraz z kserokopiami odpowiednich dokumentów przy czym nie są one szczegółowo wymienione. Można było skorzystać z faksa, ale ja nauczony doświadczeniem wolałem wysłać list za potwierdzeniem odbioru. Po czterech dniach otrzymałem lakoniczną odpowiedź, że moje wnioski zostały odrzucone a powodem był „brak wymaganych dokumentów jako załączników”. Po wymianie kilku maili dowiedziałem się, że abonentem domen jest osoba fizyczna, a nie osoba prawna, a poza tym nie zgadza się adres i że powinienem wysłać kserokopie dowodu osobistego, a nie dokumenty firmy. Ja się pytam od kiedy jednoosobowa działalność gospodarcza ma osobowość prawną? Adres tzw. „zakładu głównego” rzeczywiście nie pokrywał się z moim poprzednim adresem zamieszkania jednak w przesłanym „Zaświadczeniu o dokonaniu wpisu do ewidencji działalności gospodarczej” można było łatwo odnaleźć drugi adres wykonywania działalności gospodarczej zgodny z tym zarejestrowanym w bazie WHOIS. Moja argumentacja została podsumowana krótkim stwierdzeniem, że wnioski zaraz po odrzuceniu są niszczone i nawet gdyby pracownicy firmy INFO-CAL chcieli to fizycznie nie mogą tego zweryfikować dlatego proszony jestem o wysłanie kolejnych wniosków wraz z kserokopią dowodu osobistego.

Muszę powiedzieć, że krew mnie wtedy zalała. W międzyczasie ożeniłem się, przeprowadziłem i wymieniłem dowód osobisty – zawsze twierdziłem, że małżeństwo jest źródłem wszelkich kłopotów – jednak nie straciłem głowy do końca bo się nie przemeldowałem i w moim dowodzie osobistym był wciąż ten sam adres co kiedyś. Mogłem wysłać kolejne wnioski, ale wyczytałem na stronie NASK informację zgodnie z którą:

Na żądanie Abonenta Partner obsługujący nazwę domeny zobowiązany jest niezwłocznie wydać kod authinfo, który umożliwi przeniesienie obsługi. Partner nie może uzależniać wydania kodu od uprzedniego spełnienia dodatkowych warunków.

Zażądałem więc wydania kodów authinfo i zagroziłem, że w przypadku nie spełnienia mojej prośby popełnię stosowny dokument do Rzecznika Praw Konsumenta oraz do NASK. Oczywiście Pan Roman Trziszka się nie przejął stwierdzając jedynie, że on wyda kody tylko, że musi mieć pewność co do tożsamości abonenta domen. Jakoś potwierdzenie mojej tożsamości nie było wymagane przy corocznym przedłużaniu ważności domeny, przy zmianie danych osobowych co uczyniłem przy okazji założenia działalności gospodarczej przy okazji pobierania ze strony cal.pl dokumentów finansowych (faktur). Potwierdzenie mojej tożsamości nie było wymagane w całym procesie zarządzania kontem www, aż do tego momentu.

Jako programista jestem osobą leniwą, a do tego z natury ugodową. Wysłałem w końcu ponownie wnioski (oczywiście za potwierdzeniem odbioru). Kiedy po 7 dniach od otrzymania potwierdzenia odbioru nie otrzymałem odpowiedzi na moje wnioski napisałem upominającego maila. Przedstawiciel firmy INFO-CAL – dodam na marginesie, że pod żadnym z mail otrzymanych od obsługi cal.pl nigdy nie znalazł się jakikolwiek imienny podpis – udzielił mi odpowiedzi, że jeszcze wniosków nie otrzymali, a jeśli nawet to na odpowiedź na wnioski pisemne mają 20 dni, i że jeżeli zależy mi na czasie to powinienem wysłać wnioski faksem.

Pokornie wysłałem wnioski faksem. Nikt nie zgadnie jaką otrzymałem odpowiedź? „Wnioski odrzucone z powodu nieczytelności.” Ręce mi opadły i na prawdę byłem już gotów napisać tego cholernego paszkwila do Rzecznika Praw Konsumenta oraz do NASK. Przestałem wymieniać korespondencję z INFO-CAL bo mijało się to z celem. Powiedziałem sobie w duchu, że nie dam zarobić już ani grosza tej „cholernej hienie”. Wykupiłem opcje na swoje własne domeny i czekałem cierpliwie kiedy wygasną.

Jakiś tydzień przed wygaśnięciem pierwszej z domen otrzymałem wiadomość od firmy Pana Romana Trziszki, że kody authinfo do domen zostaną wydane, za wyjątkiem tej najbliższej wygaśnięciu, do której kod zostanie wydany ale pod warunkiem jej wcześniejszego przedłużenia, zgodnie z pkt. 6.12 regulaminu.

6.12. Administrator może odmówić wydania kodu autoryzacyjnego domeny ( kod AuthInfo ) w przypadku domen wygasających w przeciągu 30 dni od daty otrzymania wniosku oraz do 30 dni po wykonaniu odnowienia domeny.

Wydanie kodów tym razem nie wymagało wysyłania żadnych szczególnych wniosków ani załączników, a jedynie wysłania maila z prośbą na adres domeny@consultingservice.pl??? Wysłałem i otrzymałem na drugi dzień kody do wszystkich moich domen.

Nie opiszę co czułem, kiedy się dowiedziałem, że faktycznym rejestratorem moich domen nie jest „Info-Cal” Roman Trziszka.

Później znalazłem w sieci wpis Damiana Nowaka pt. Prawa właściciela domeny – transfer i wydanie kodu authinfo, który może przydać się kiedyś każdemu posiadaczowi choćby jednej domeny. Żałuję, że nie natrafiłem na niego wcześniej – zaoszczędziłbym sobie wiele nerwów.

Firma „Info-Cal” Pana Romana Trziszki świadomie wprowadziła mnie w błąd w celu uzyskania korzyści materialnych, nie przestrzega regulaminów NASK, których jest już na chwilę obecną pełnoprawnym partnerem, a na dodatek dopuściła się naruszenia ustawy o ochronie danych osobowych. Nie będę się już rozwodził na temat niekompetencji administratorów serwerów cal.pl. To temat na kolejny wpis. Wszystkim obecnym i potencjalnym klientom wyżej wspomnianej firmy szczerze odradzam korzystania z jej usług.

Posted in Priv byZbigniew Heintze

Podwójne potwierdzenie jako zaprzeczenie

Ostatnio, podczas małej firmowej imprezki urządzonej pod hasłem „pieczenia pierników” wywiązała się dyskusja. Uczestnicy, pełni dobrego humoru podrasowanego kropelką „czystego” alkoholu snuli dywagacje na temat znaczenia słowa „bynajmniej”. Oj ile się nasłuchałem interpretacji i domysłów. Nigdy bym nie przypuszczał wielości kontekstów i znaczeń w jakich ludzie są skłonni używać tegoż w sumie prostego i popularnego słowa.

W końcu wsparci wiedzą naszego firmowego copywritera oraz treścią wpisu na blogu [bynajmniej.pl pt. Bynajmniej to nie przynajmniej](http://bynajmniej.pl/bynajmniej-to-nie-przynajmniej), przynajmniej co niektórzy doznali objawienia. A kiedy już wszyscy zakonotowali prawdziwe znaczenie tego zgoła pospolitego słowa, okazało się, że w połączeniu z partykułą „nie” – powstałe w ten sposób wyrażenie „bynajmniej nie” – bynajmniej nie stało się oczywiste w użyciu.

Język polski naprawdę jest pełen niespodzianek i ciekawostek w rodzaju właśnie podwójnych zaprzeczeń. Przy tej okazji przypomniał mi się dowcip, który pozwoliłem sobie odszukać i przytoczyć.

*Profesor filologii polskiej na wykładzie:
– Jak państwo wiecie, w językach słowiańskich jest nie tylko pojedyncze zaprzeczenie. Jest też podwójne zaprzeczenie. A nawet podwójne zaprzeczenie jako potwierdzenie. Nie ma natomiast podwójnego potwierdzenia jako zaprzeczenia.
Na to głos z ostatniej ławki:
– Dobra, dobra…*

Posted in Priv byZbigniew Heintze

W prosty sposób o trudnych sprawach.

Czy o trudnych sprawach można pisać w prosty sposób? Jasne, że tak. Stephena Hawking udowadnia to każdą swoją książką. Dla osób takich jak ja, ciekawych świata a jednocześnie dysponujących zaledwie podstawową wiedzą z zakreu fizyki i astronomii, lektura [„Jeszcze krótszej historii czasu”](http://www.empik.com/jeszcze-krotsza-historia-czasu-ksiazka,2612671,p) to prawdziwa przyjemność. Książka ta – podobnie jak jej pierwowzór – w cudownie przejrzysty i interesujący sposób traktuje o naprawdę trudnych zagadnieniach.

Amerykańscy naukowcy pojęli już dawno, że ilość trudnych słów użytych w treści nie gwarantuje merytorycznie wysokiej wartości wykładu, za to z pewnością utrudnia przyswajanie przedstawianego materiału. [„Jeszcze krótsza historia czasu”](http://www.empik.com/jeszcze-krotsza-historia-czasu-ksiazka,2612671,p) to pozycja popularno naukowa, ale już „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka.” Roberta Cialdini czy książki Eliota Aronsona o psychologii społecznej spokojnie można włączyć w poczet literatury naukowej, a czyta się dobrze i przyjemnie.

W tym tygodniu sięgnąłem też po książkę pt. [„Erystyka czyli o Sztuce Prowadzenia Sporów”](http://ksiegarnia.pwn.pl/produkt/7400/erystyka-czyli-o-sztuce-prowadzenia-sporow.html). Agnieszka Budzyńska-Daca i Jacek Kwosek w pierszym rozdziale zapowiadają, iż książka ta jest niejako odpowiedzią na liczne głosy osób, które narzekają na trudność wykładu Schopenhauera. Komentują dzieło niemieckiego filozofa i wyjaśniają istotę poszczególnych technik erystycznych – również tych nie omawianych przez Schopenhauera – posiłkując się przy tym licznymi zaczerpniętymi z życia, literatury i polityki przykładami. Szczerze polecam niniejszą pozycję. Przeczytałem ją z prawdziwym zainteresowaniem jednak w świetle wyżej poruszonego problemu – łatwości odbioru tekstów naukowych – nie mogę jej zaliczyć do najprostszych. Lektura wymaga dużego skupienia. Po 50 stronicowej sesji z Erystyką, dla rozluźnienia chętnie zagłębiłem się w teorii względności Alberta Einsteina w ujęciu S. Hawkinga.

Posted in Priv byZbigniew Heintze

Nocne plątaniny myśli

Nie rzadko kończę pracę długo po północy. Wyłączam komputer, gaszę lampkę i najczęściej idę spać. Niekiedy jednak zanim się wsunę pod kołdrę zdarza mi się podejść do okna balkonowego i zadumać na chwilę. Mieszkam przy ulicy, która w dzień tętni życiem. Człowiek zamyka szczelnie okno chcąc się odizolować od wszechobecnego zgiełku. Za to nocą jest inaczej. Cisza sporadycznie tylko zakłócana przez przejeżdżające auto, puste chodniki i światło latarni ulicznych rozpraszających mrok. Początkowo nie lubiłem tych przydrożnych lamp, a zwłaszcza jednej zlokalizowanej dokładnie na przeciwko mego okna, nieomal gwałtem wdzierającej się w otulającą mnie ciemność mojego pokoju. Z czasem nawet ją polubiłem. Jest elementem otoczenia składającego się na klimat tego miejsca. Zimą stanowi namiastkę ciepła pośród zimnej bieli a latem wabi ćmy i inne insekty, które krążą wokół światła zauroczone jego blaskiem.

Po drugiej stronie ulicy jest cmentarz. Ludzie wzdrygają się widząc groby – szczególnie po zmroku. Pytają mnie często czy nie przeszkadza mi ten ponury widok? Zdziwilibyście się ile świeczek płonie każdej nocy na cmentarzu. W dzień ich nie widać, za to nocą małe płomyczki delikatnie tańczą poruszone wiatrem. Ich migotanie i szelest liści wypełnia ciemność dziwnym, magicznym życiem czyniąc z miejsca pochówku przyjazną krainę.

Sierpień sprawił, że bliżej jestem ponurych myśli. W przeciwieństwie do czerwcowo – lipcowych nawałnic nawiedzających świat z mocą z jaką piękna, nieznajoma rozpala w mężczyźnie pożądanie, w przeciwieństwie do błyskawic rozdzierających niebo, wypełniających powietrze zapachem elektryczności, rozkosznych dreszczy wywołanych strachem na myśl o zetknięciu się z niebezpieczeństwem, w przeciwieństwie do całej gwałtowności tętniącej namiętnością życia pierwszej połowy lata, sierpień okazał się być nostalgiczny, zasiedziały, tragiczny, a przede wszystkim tęskny. Wczorajsza burza na nowo przypomniała mi o życiu, ale kiedy się rano obudziłem miałem dojmujące uczucie straty.

Posted in Priv byZbigniew Heintze

Szewc bez butów chodzi

Zajmuję się projektowaniem stron internetowych już parę lat a od roku jestem dumnym właścicielem firmy jednoosobowej. Mimo to nie dorobiłem sie jeszcze własnej firmowej strony z prawdziwego zdarzenia. Zawsze znajdę sobie jakiś inny ciekawszy temat niż prozaiczna internetowa wizytówka.

Przykładem takiej samej firmy jest [MediaSoft](http://mediasoft.com.pl), która działa na rynku od 2003 roku i ma na swoim koncie naprawdę sporą liczbę realizacji stron www, do tego zajmuje się pozycjonowaniem, a także świadczy usługi w zakresie hostingu i sprzedaży domen. Współpracowałem z tą firmą już parokrotnie i od kiedy pamiętam, jej internetowa witryna zawsze przypominała robioną na szybcika zaślepkę.

Tymczasem jednak [MediaSoft](http://mediasoft.com.pl) postanowiło w końcu coś z tym zrobić i pod adresem [WebMonitoring.pl](http://www.webmonitoring.pl) uruchomiło stronę informacyjną o prowadzonej działalności w zakresie SEO/SEM. To znak dla mnie, że czas najwyższy wziąć się do roboty i klepnąć wreszcie choćby najprostszą stronę bo nie wypada tak „biegać na bosaka”. Mam już „klapki” w postaci tegoż bloga, ale businessmani nie chodzą w klapkach ;).

Posted in Priv byZbigniew Heintze

Kilka kwestii w sprawie newslettera

Zbliżam się właśnie do ukończenia aplikacji do wysyłania newsletterów. Zdawałoby się prosta sprawa ale specyfikacja zawierała kilka niespodzianek.

Zacznę może od założeń jakie wyżej wspomniana aplikacja spełnia.

Założenia

Subskrybentami newslettera są użytkownicy dwóch niezależnych portali, a dokładnie strony branżowej pewnej firmy oraz platformy stanowiącej pomost pomiędzy działem marketingu owej firmy oraz dziennikarzami. Oba z portali stoją na dwóch niezależnych serwerach.

Źródło „pochodzenia” dzieli w naturalny sposób subskrybentów na dwie kategorie. Ponadto system umożliwia ręczne grupowanie użytkowników według najróżniejszych parametrów. Każdy z subskrybentów może należeć do więcej niż jednej grupy.

Newsletter może być rozsyłany do jednej lub więcej grup subskrybentów przy czym zadbano o to aby żaden z użytkowników nie dostał danego biuletynu dwa razy.

Grupy subskrybentów posiadają priorytety decydujące o tym, którzy z subskrybentów otrzymają wiadomość jako pierwsi. Ponieważ pojedynczy newsletter może zostać zaadresowany do ponad 20 tys. adresatów, jego wysyłka może potrwać nawet kilka godzin. Jeśli w trakcie wysyłania jednego z biuletynów zostanie zredagowany i wysłany drugi newsletter to subskrybenci drugiego z priorytetem wyższym od adresatów pierwszego newslettera otrzymają wiadomość w pierwszej kolejności.

Człowiek istotą omylną jest, a co więcej swój błąd może dostrzec w chwili kiedy godzina „0” już minęła. Dlatego zaimplementowana została procedura wstrzymania wysyłki newslettera dająca możliwość dokonania drobnej korekty treści i kontynuowanie przerwanego procesu. Subskrybenci, którzy otrzymali wiadomość zawierającą błąd nie otrzymają poprawionej wiadomości.

Treść newslettera powstaje w kilku krokach – począwszy od zaplanowania, poprzez utworzenie, aż po akceptację. Następnie wraz z nastaniem określonej daty i godziny rozpoczyna się proces rozsyłania biuletynu do wybranych adresatów. Biuletyn wysyłany jest w formacie txt oraz html i może zawierać grafiki. Każdy z subskrybentów otrzymuje wiadomość spersonalizowaną przynajmniej w części zawierającej link z indywidualnym kodem autoryzującym umożliwiający wypisanie z newslettera. Po zakończeniu wysyłki treść wiadomości automatycznie kopiowana jest wraz z grafikami do aktualności w jednym z dwóch lub obu portalach.

Sprawy kluczowe

W trakcie implementacji największym problemem jest skala. Trudno przetestować wysyłanie newslettera do 20 tys. adresatów. Taką sytuację najprościej zasymulować uruchamiając na serwerze pocztowym usługę catch-all. Pozostaje wtedy jedynie wygenerować 20 tys. nieistniejących adresów mailowych, a wszystkie wiadomości trafią do utworzonej przez nas czarnej dziury. Nie jest to idealne rozwiązanie bo wszystko odbywa się w ramach jednej domeny.

Pojedynczą wiadomość trzeba wysłać do bardzo wielu subskrybentów. Intuicyjnie nasuwającym się rozwiązaniem byłoby wysłanie pojedynczego maila do pierwszego z adresatów, a reszta mogłaby teoretycznie otrzymać wiadomość na zasadzie ukrytej kopii. Nie jest to jednak dobry pomysł przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze (nie sprawdzałem tego, ale …) istniej zapewne ograniczenie liczby adresatów Bcc (blind carbon copy). Po drugie filtry antyspamowe nie chętnie przepuszczają tego typu wiadomości z uwagi na to, że tryb ten był kiedyś nagminnie stosowany do rozsyłania niechcianej poczty. Po trzecie nagłówki takich wiadomości zawierają informację o pierwotnym adresacie więc subskrybent jest w stanie łatwo się domyślić, iż dostał kopię, a to nie jest profesjonalne podejście. Po czwarte, ostatnie i rozstrzygające – poszczególne wiadomości pojedynczego newslettera są spersonalizowane (zwroty grzecznościowe, linki umożliwiające rezygnację z subskrypcji itp.). Trzeba wysyłać wiadomości pojedynczo, a jeśli wysyła się je w formacie html z dołączonymi grafikami do kilkudziesięciu adresatów to trzeba to robić partiami. Osobiście proponuję zatrudnić w tym celu crona, choć przychodzą mi do głowy też inne rozwiązania (i inne języki programowania jak Python na ten przykład).

Jak już jesteśmy przy kwestii wysyłania email-i za pośrednictwem PHP to polecam [Swift Mailer](http://swiftmailer.org/). Wersja 4 jest wygodniejsza w użyciu od poprzednich, a do tego napisana w PHP5 zatem obsługuje wyjątki co w przededniu 6 nie powinno już raczej dziwić 😉

Kolejnym wyzwaniem jest integracja dwóch niezależnych portali. Fizyczne rozdzielenie uniemożliwia współdzielenie zasobów tj. bazy danych czy katalogu z grafikami. W tej kwesti naturalnym rozwiązaniem wydaje się być SOAP. PHP5 ma już domyślnie dołączony dodatek napisany w C do obsługi SOAP-a, który bardzo ułatwia całą sprawę. Jedno czego nienawidzę w pracy z SOAP-em (i AJAX-em zresztą też choć w mniejszym stopniu) to debugowanie. Chwilę wahania miałem na etapie kopiowania grafik. Wystarczającym rozwiązaniem było by przesłanie SOAP-em linka do grafiki i zaciągnięcie jej np. CURL-em, tym bardziej że oficjalna specyfikacja traktująca o przesyłaniu danych binarnych SOAP-em nie wygląda zachęcająco. Chętnych zapraszam na stronę [SOAP Messages with Attachments](http://www.w3.org/TR/SOAP-attachments). Na szczęście da się to zrobić w dość prosty sposób przy pomocy Base64 i przesłać obrazki wraz z danymi tekstowymi. Prostą podpowiedź jak to zrobić znajdziemy na stronie [Being Binary in SOAP](http://blog.phpdeveloper.org/?p=88).

Posted in Priv byZbigniew Heintze